Powołanie – sprezentowane szczęście

Chyba każdy lubi dostawać prezenty. Ludzie dają je sobie najczęściej z jakichś okazji. Bóg jednak nie potrzebuje okazji, by nas obdarować. Czyni to wielokrotnie, choć nie zawsze te prezenty zauważamy, a czasami nawet ich nie przyjmujemy. Te Boże prezenty nazywamy łaskami. Jednym z takich darów od Pana Boga, którego przyjęcie może dać nieskończenie więcej szczęścia niż ludzkie prezenty, jest powołanie. Co jeszcze cechuje ten prezent i co się z nim wiąże – przeczytajcie. Przede wszystkim jednak przyjmijcie, odpakujcie i przyjrzyjcie się darom, które sami dostaliście.

Wymarzony prezent

Można powiedzieć, że powołanie jest wymarzonym prezentem, i to dla obu stron. Z jednej strony człowiek przyjmujący powołanie spełnia (mówiąc obrazowo) marzenie Boga, bo to On pragnie zbawienia wszystkich ludzi. On nas zna ‒ mówi do każdego z nas: „Zanim ukształtowałem cię w łonie mej matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię”.Zatem Bóg to Dobry Ojciec, który nas zna, który nas wzywa, byśmy byli świętymi jak On jest święty, abyśmy byli szczęśliwi. On wzbudza w nas pragnienie, abyśmy idąc określoną drogą byli szczęśliwi teraz i mogli być szczęśliwi na wieki. Zatem człowiek, który odpowiada na Boże wezwanie, jest szczęśliwy, radosny, bo realizuje pragnienia, które traktuje jak swoje, choć ostatecznie to Bóg je w człowieku zaszczepił. Innymi słowy to „wymarzenie” polega na tym, że Bóg powołując, daje człowiekowi to, czego ten w głębi duszy najbardziej pragnie, choć nie zawsze od razu to sobie uświadamia. Inną cechą wymarzonego prezentu jest to, że potrafi on uszczęśliwić, jednak tylko czasowo. Przyjęcie i realizacja powołania także daje szczęście, to jest jednak nieporównywalnie większe i trwa w nieskończoność.

Obraz powołania jako wymarzonego prezentu ukazuje jeszcze jedną jego cechę, a mianowicie, że nie dla każdego to samo powołanie jest tym odpowiednim, wymarzonym. Jedna osoba zrealizuję się w małżeństwie, druga w życiu zakonnym, a jeszcze inna jako ksiądz. I nie powinno się stawiać wyżej jednego powołania od drugiego, bo wszystkie są „wymarzone”, czyli dostosowane do konkretnej osoby, aby jej dać szczęście i uświęcenie ‒ jej samej oraz jej otoczeniu. Zresztą (odchodząc od obrazu prezentu) wszystkie powołania są ze sobą powiązane, w jakimś sensie od siebie zależne. Z drugiej strony wszystkie można zamknąć w jednym powołaniu ­– powołaniu do świętości, bowiem świętość jest celem wszystkich powołań.

Prezent bez okazji

Wróćmy jednak do obrazu prezentu. W naszym świecie przyzwyczailiśmy się do tego, że dostawanie prezentów musi być czymś uwarunkowane (najczęściej datą w kalendarzu). Niekiedy rodzice stawiają dzieciom warunki, mówiąc np. że dostaną coś, jeśli będą grzeczne. Kiedy zdarza mi się rozmawiać o powołaniu, to odnoszę niekiedy wrażenie, że moi rozmówcy taki obraz ze świata przenoszą na sposób, w jaki Pan Bóg obdarza człowieka. Zresztą przyznam się, że też tak na powołanie patrzyłem. A w czym się to wyraża? A no w myśleniu, że w seminarium są tylko osoby z pełnych rodzin, bardzo religijnych, że osoby te od początku podstawówki były ministrantami, a w szkole miały wzorowe zachowanie. Bardzo chciałbym obalić taki mit. Sam jestem przykładem, że Pan Bóg nie obdarza powołaniem wyłącznie idealnych ludzi z bardzo pobożnych rodzin i naprawdę nie jestem wyjątkiem. I dotyczy to nie tylko czasów obecnych, bo kiedy przyjrzymy się opisom powołań zawartym w Biblii, to dostrzeżemy, że Bóg naprawdę nie patrzy tak, jak patrzy człowiek. To człowiek ma obiekcje przed przyjęciem daru powołania. Bóg jest hojny i nie boi się nam powierzać wielkich rzeczy, a nam pozostaje uwierzyć, że On potrafi udoskonalić nasze słabości, uczynić skrzywione (żeby nie powiedzieć pokręcone) życiorysy częścią prostej drogi do świętości. Zatem jeśli Bóg nie boi się nam czegoś dać, to tym bardziej się nie bójmy od Niego tego przyjąć.

Prezent z prezentami

W tym kontekście można przywołać obraz powołania jako wielkiego prezentu, w którym jest mnóstwo innych prezentów. Jeden z tych prezentów w prezencie zawiera w sobie lekarstwo na słabości, inne zawierają umiejętności pomocne w realizacji powołania. Tych prezencików w „pudle” powołania jest tak wiele, że starcza na całe życie, jednak, aby je otworzyć i się nimi cieszyć, trzeba najpierw przyjąć ten wielki dar w postaci powołania. Ten ogrom nieraz paraliżuje, jednak reakcją na tę Bożą hojność nie powinno być odrzucenia daru, lecz radosne przyjęcie połączone z wdzięcznością wobec Ofiarodawcy.

Powołanie – (nie)darmowy dar

„Ale wielki prezent! Pewnie dużo kosztował”. Tego typu stwierdzenia, które nieraz można usłyszeć, także w jakimś sensie wpisują się w nasze rozważania o powołaniu. Była już mowa o wielkości tego daru. Ten obraz powołania jako prezentu stanowi aluzję do łaski, która w swojej najprostszej definicji jest darem darmo danym ‒ a zatem, podobnie jak prezent, nic nie kosztuje tego, który ją otrzymuje. O tym, że powołanie jest darem, przypomni także Orędzie Wielkanocne w słowach:„Niech Ten, który bez moich zasług raczył mnie uczynić swoim sługą, zechce mnie napełnić światłem swojej jasności i pozwoli godnie wyśpiewać pochwałę tej świecy”.

Z drugiej jednak strony można powiedzieć, że powołanie ma wielką cenę. Ono kosztowało życie Jezusa, On zapłacił za nie swoją Najdroższą Krwią. I ktoś powie, że to zbyt szeroka perspektywa patrzenia na powołanie. Jednak bez dzieła Odkupienia, bez Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa żadne z powołań nie miałoby ani sensu, ani swojego celu, którym ostatecznie jest wieczne szczęście w niebie. Zatem to Bóg zapłacił najwyższą cenę za powołanie każdego z nas. Jednak ‒ mówiąc już stricte o powołaniu kapłańskim ‒ pragnie On, abyśmy Mu się „dorzucili” do tego prezentu. To pragnienie wyraził Jezus w słowach: „Proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na żniwo swoje”. Bóg pragnie, abyśmy przez modlitwę i ofiarowane cierpienie dołożyli się do tych prezentów, których On hojnie udziela.

Dziękuję za prezent

Ta Boża hojność, która „przewyższa zasługi i pragnienia modlących się do [Niego]”, skłania do wdzięczności, a ilekroć pochylam się nad wielkością tego daru, przypominają mi się słowa króla Dawida: „Kimże ja jestem, Panie mój, Boże, i czym jest mój ród, że doprowadziłeś mnie aż dotąd?” Dla mnie jest to wołanie pełne pokory wobec wielkości daru i jego Dawcy, to słowa zachwytu nad tym, co od Boga otrzymałem. Z drugiej strony mam świadomość, że powołanie to prezent od Kościoła, to owoc modlitwy, ofiarowanego cierpienia wielu konkretnych osób, którym nie sposób się odwdzięczyć. Jednak ze świadomością, że dar powołania znacznie mnie przewyższa i że jestem karłem, który z łaski Bożej wspina się na ramiona gigantów modlitwy, dziękuję Bogu i każdemu z osobna, kto przez modlitwę i ofiarowane cierpienie dołożył swoją cząstkę do tego wielkiego daru.

Autor: Patryk Wysota, WSD Pelplin. Artykuł ukazał się kleryckim czasopiśmie Spojrzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: